sobota, 8 czerwca 2013

Część I


Rozdział I


Mówią, że czysta logika jest ruiną ducha, lecz to właśnie logika w niektórych sytuacjach pozwala nam przetrwać. Jednak czasami potrzeba czegoś więcej niż logika i spryt. Potrzeba nas. Uczniów Akademii Szpiegowskiej im. Georga McKinleya w Nowym Jorku. Dla normalnych ludzi, którzy przechodzą obok naszej Akademii codziennie szkoła ta wygląda jak każda inna, lecz gdyby przyjrzeć się jej uczniom można zobaczyć, że ich mundurki różnią się od mundurków innych prywatnych szkół, że ogrodzenie wokół szkoły jest pod napięciem, że teren Akademii jest monitorowany przez prawie sto dwadzieścia kamer. Jednak nikt tego nie zobaczy, bo ludzie patrzą lecz nie widzą.
W naszej szkole uczymy się przez pięć lat jak rozbroić bomby wszelkiego rodzaju, jak wydostać się z pomieszczenia z użyciem wsuwki do włosów. Oprócz tego uczymy się wszelkich sztuk walki oraz jak w ciągu minuty włamać się do danych FBI. To ostatnie wykorzystujemy tylko wtedy kiedy nie chcą współpracować. Wielu z nas po ukończeniu Akademii decyduje się na pracę w FBI lecz nie ja. Ja, Caroline 'Cora' Johns, mam zamiar zostać jednym z tajnych agentów agencji McKinleya. Owszem, czekają mnie jeszcze dwa lata nauki, ale warto. Och, ktoś idzie. Muszę kończyć.

Drzwi pokoju otworzyły się w momencie kiedy wyciągałam rękę zza łóżka gdzie trzymałam swój zeszyt. Nie, to nie był pamiętnik! Wyprostowałam się widząc Caren.
-Czego chcesz?- miłe powitanie najlepszej przyjaciółki, no nie?
-Niczego, ale Josh się o ciebie pytał. - rudowłosa weszła do pokoju i usiadła na łóżku. - Podobno ma dla ciebie jakąś paczkę. - wzruszyła ramionami. Josh był naszym przyjacielem od pierwszej klasy. Cała nasza trójka była wykluczona od samego początku. Caren przez włosy, ja przez aparat, który w tamtym czasie nosiłam a Josh, bo trzymał się na uboczu. I tak jakoś już pierwszego dnia się zaprzyjaźniliśmy. Oczywiście Caren przez cały ten czas sądziła, że ja i Josh do siebie pasujemy i już po trzech miesiącach chciała nam załatwiać kapelę na ślub, ale wtedy do szkoły przyszedł Alex. Wylądował w naszej klasie a wszystkie dziewczyny zaczęły do niego wzdychać.A mnie on po prostu wkurzał. I to z każdą chwilą coraz bardziej.
-Ziemia do Cory! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- spojrzałam na przyjaciółkę. Caren miała długie rude loczki, które związywała na czubku głowy w koczka i przeraźliwie zielone oczy. Była drobniutka jak na przyszłą agentkę, ale pozory mylą. Ta dziewczyna była śmiertelnym niebezpieczeństwem dla samej siebie i otoczenia.
-Tak, słucham, oczywiście... Co mówiłaś?- uśmiechnęłam się przepraszająco do dziewczyny. Ta jedynie westchnęła, chwyciła mnie za nadgarstek i wyciągnęła z pokoju. - Ale gdzie my idziemy?- zapytałam zdezorientowana.
-No do Josha, ma jeszcze coś załatwić i się śpieszy, no! - dziewczyna jęknęła i ciągnęła mnie dalej. Zaraz też dotarłyśmy do pokoju Josha.
-No nareszcie! Ileż można czekać?- widać było, że chłopak był zdenerwowany. Przez te trzy lata bardzo się zmienił. Nie był już tym samym nieśmiałym chłopakiem, który nie odzywał się praktycznie do nikogo. Teraz kipiał testosteronem. Jak każdy chłopak w jego wieku.
-Narzekasz Josh. Dawaj paczkę. - chłopak pokręcił głową i sięgnął po paczkę. Była niewielka jak zwykle. W środku był list i kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Takie paczki dostawałam co miesiąc od swoich rodziców, którzy sądzili iż uczę się w jednym z tych prywatnych liceów na Manhattanie. Tylko dlatego pozwolili mi tu przyjechać z Denver. Żebym miała lepszą przyszłość. I faktycznie moje nazwisko widniało na liście uczniów a w dzienniku nie było nieobecności. Otworzyłam paczkę i rozerwałam kopertę z listem. Zaczęłam czytać.

Kochanie,
razem z ojcem postanowiliśmy przeprowadzić się do San Diego. Ojciec dostał propozycje pracy znacznie lepszą niż tutaj, w Denver. Sama wiesz jak ciężko było mu coś znaleźć po wypadku a tu proszę! Taka okazja. Podobno otwierają jakieś nowe biura i potrzebują kogoś na stanowisko... Oj, nie pamiętam kogo. No nie ważne. Mamy nadzieję, że się nie gniewasz. W końcu i tak chcesz zostać w Nowym Jorku. Nadal będziemy przesyłać ci paczki. Wylatujemy we wtorek. Oprócz tego chcemy przylecieć do Nowego Yorku przed świętami żeby cię zabrać. Mamy juz wszystko zaplanowane.
Do zobaczenia
Buziaczki mama i tata

Westchnęłam cicho i odłożyłam list.
-Co się stało Cora? - spytała zatroskanym głosem Caren.
-Nic takiego, rodzice się przeprowadzają do San Diego i chcą przyjechać przed świętami do miasta żeby mnie zabrać. - machnęłam ręką i sprawdziłam co jest w paczce. Ubrania o rozmiar za duże, nowe buty, których pewnie nigdy nie założę, bo jestem zbyt zakochana w swoich starych martensach, które mama chciała wyrzucić, kilka najpotrzebniejszych kosmetyków, których nie używałam praktycznie w ogóle, no i coś od taty czyli podręcznik dla zdających prawo jazdy. Oj, gdyby on wiedział, że już od dwóch lat śmigam po amerykańskich autostradach szlag by go trafił. Bo to on miał mnie uczyć do egzaminu, ale nie wyszło. - Caren chcesz nowe kosmetyki?- zapytałam koleżanki.
-A co masz? - zapytała z entuzjazmem. Ta dziewczyna mnie czasami przerażała. Z jednej strony przyszła agentka a drugiej zwariowana nastolatka z mnóstwem energii. Bomba nuklearna to przy niej pryszcz. Wyrwała mi paczkę z rąk i zaczęła przeglądać kosmetyki. - O jaaaaa chcę to! - wyciągnęła z paczki jakieś opakowanie. Chyba fluid. - Ostatnio miałam iść kupić, bo mi się skończył, ale tak oszczędzę przynajmniej na tym. - wzruszyła ramionami i oddała mi pudełko.
-Dobra dziewczyny wynocha mi skąd. Zaraz ma tu przyjść ktoś kogo lepiej żebyście nie widziały. - obie spojrzałyśmy na niego ze zdziwieniem.
-A co? To prezydent?- zapytałam z kpiną w głosie.
- Nie, ale to nie wasza sprawa. - odburknął. Wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam Caren z pokoju. Szybko znalazłyśmy się w moim pokoju.
- Co chcesz z tym zrobić? - zapytała dziewczyna zamykając drzwi. Usiadłam na łóżku z listem na kolanach a Caren zajęła miejsce obok mnie.
- Sama nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Nie powiem im przecież prawdy a i kłamać w nieskończoność nie mogę. - przez to, że moi rodzice nie wiedzieli, że uczę się w Akademii z każdym rokiem miałam coraz więcej kłopotów. Zaczynałam gubić się we własnych kłamstwach a jeśli bym im powiedziała to chyba by mnie udusili. Dlaczego? Otóż dlatego, że mój dziadek a ojciec mojej matki był agentem. To od niego dowiedziałam się o Akademii a raczej z jego dzienników. Mama była w piątym miesiącu ciąży kiedy dziadek nie wrócił z kolejnej akcji do domu. Mama i babcia nigdy sobie tego nie wybaczyły.
-Może lepiej im powiedz. I tak przez resztę życia będziesz musiała kłamać, więc po co zaczynać już teraz? - Caren położyła mi dłoń na ramieniu.
-Nie wiem. Może. - wzruszyłam ramionami tym samym strącając dłoń przyjaciółki. - Musze iść do miasta. I nie nie pójdziesz ze mną ani za mną, jasne? - pogroziłam jej palcem i poszłam się przebrać. Kiedy wyszłam z łazienki Caren już nie było. I dobrze. Nie miałam teraz ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami i skierowałam się na dwór. Kiedy otworzyłam duże dębowe drzwi owionęło mnie gorące letnie powietrze, które aż przytłaczało człowieka. Dobrze, że byłam przynajmniej zwiewnie ubrana. Wyszłam na zewnątrz i ruszyłam w kierunku jednego z Samotnych Wzgórz na terenie Akademii. Było ich tu osiem, ale mi jedno najbardziej przypadło do gustu. Rozciągał się z niego świetny widok na całą szkołę. Szłam powoli nie śpiesząc się nigdzie a wiatr bawił się moimi blond włosami, które rozpuściłam dzisiaj wyjątkowo. Na wzgórze dotarłam po kilku minutach. Usiadłam na szczycie i podciągnęłam kolana pod samą brodę. Wiatr wiał mi prosto w twarz, więc przyjemny chłód zwalczał gorączkę. Myślałam o tym czy powiedzieć rodzicom o swojej edukacji czy też lepiej byłoby aby zostało to tajemnicą. Westchnęłam cicho i położyłam się na plecach zamykając powieki. Miałam ochotę zasnąć, ale sen uparcie nie nadchodził za to poczułam jak ktoś zasłonił mi słonko. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Alexa. Skrzywiłam się lekko. Nie miałam ochoty na niczyje towarzystwo a już w szczególności chłopaka, za którym uganiały się wszystkie dziewczyny łącznie ze mną.
-Czego chcesz? - zapytałam oschle.
-Niczego. - chłopak wzruszył ramionami. Usiadł obok mnie a ja podniosłam się machinalnie.
- To po co tu przyszedłeś? - spojrzałam na niego. W głowie mi się zakręciło. W końcu leżałam tam trochę.
- Sam nie wiem. Coś mnie tu ciągnęło. - powiedział to patrząc na mnie. Przeraziłam się trochę słysząc jego słowa, ale szybko się otrząsnęłam.
- To ja już sobie pójdę żeby i mnie nie ciągnęło. - mruknęłam i wstałam z ziemi. Otrzepałam się i ruszyłam w stronę wyjścia z Akademii. Szybko znalazłam się w mieście i wysiadając z zółtej taksówki miałam ochotę po prostu zrobić coś szalonego. Kierowca wysadził mnie niedaleko jednego z klubów, więc szybko wślizgnęłam się do lokalu i zamówiłam przy barze colę. Nie, nie piłam jak większość ludzi w moim wieku. Nie, nie brałam. Tego wymagał ode mnie mój przyszły zawód. Musiałam być czysta od jakichkolwiek używek. Sączyłam powoli colę obserwując ludzi na parkiecie i przy stolikach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz