Rozdział I
Mówią, że czysta
logika jest ruiną ducha, lecz to właśnie logika w niektórych
sytuacjach pozwala nam przetrwać. Jednak czasami potrzeba czegoś
więcej niż logika i spryt. Potrzeba nas. Uczniów Akademii
Szpiegowskiej im. Georga McKinleya w Nowym Jorku. Dla normalnych
ludzi, którzy przechodzą obok naszej Akademii codziennie szkoła ta
wygląda jak każda inna, lecz gdyby przyjrzeć się jej uczniom
można zobaczyć, że ich mundurki różnią się od mundurków
innych prywatnych szkół, że ogrodzenie wokół szkoły jest pod
napięciem, że teren Akademii jest monitorowany przez prawie sto
dwadzieścia kamer. Jednak nikt tego nie zobaczy, bo ludzie patrzą
lecz nie widzą.
W naszej szkole uczymy
się przez pięć lat jak rozbroić bomby wszelkiego rodzaju, jak
wydostać się z pomieszczenia z użyciem wsuwki do włosów. Oprócz
tego uczymy się wszelkich sztuk walki oraz jak w ciągu minuty
włamać się do danych FBI. To ostatnie wykorzystujemy tylko wtedy
kiedy nie chcą współpracować. Wielu z nas po ukończeniu Akademii
decyduje się na pracę w FBI lecz nie ja. Ja, Caroline 'Cora' Johns,
mam zamiar zostać jednym z tajnych agentów agencji McKinleya.
Owszem, czekają mnie jeszcze dwa lata nauki, ale warto. Och, ktoś
idzie. Muszę kończyć.
Drzwi
pokoju otworzyły się w momencie kiedy wyciągałam rękę zza łóżka
gdzie trzymałam swój zeszyt. Nie, to nie był pamiętnik!
Wyprostowałam się widząc Caren.
-Czego
chcesz?- miłe powitanie najlepszej przyjaciółki, no nie?
-Niczego,
ale Josh się o ciebie pytał. - rudowłosa weszła do pokoju i
usiadła na łóżku. - Podobno ma dla ciebie jakąś paczkę. -
wzruszyła ramionami. Josh był naszym przyjacielem od pierwszej
klasy. Cała nasza trójka była wykluczona od samego początku.
Caren przez włosy, ja przez aparat, który w tamtym czasie nosiłam
a Josh, bo trzymał się na uboczu. I tak jakoś już pierwszego dnia
się zaprzyjaźniliśmy. Oczywiście Caren przez cały ten czas
sądziła, że ja i Josh do siebie pasujemy i już po trzech
miesiącach chciała nam załatwiać kapelę na ślub, ale wtedy do
szkoły przyszedł Alex. Wylądował w naszej klasie a wszystkie
dziewczyny zaczęły do niego wzdychać.A mnie on po prostu wkurzał. I to z każdą chwilą coraz bardziej.
-Ziemia
do Cory! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- spojrzałam na
przyjaciółkę. Caren miała długie rude loczki, które związywała
na czubku głowy w koczka i przeraźliwie zielone oczy. Była
drobniutka jak na przyszłą agentkę, ale pozory mylą. Ta dziewczyna
była śmiertelnym niebezpieczeństwem dla samej siebie i otoczenia.
-Tak, słucham, oczywiście... Co
mówiłaś?- uśmiechnęłam się przepraszająco do dziewczyny. Ta
jedynie westchnęła, chwyciła mnie za nadgarstek i wyciągnęła z
pokoju. - Ale gdzie my idziemy?- zapytałam zdezorientowana.
-No do Josha, ma jeszcze coś załatwić
i się śpieszy, no! - dziewczyna jęknęła i ciągnęła mnie
dalej. Zaraz też dotarłyśmy do pokoju Josha.
-No nareszcie! Ileż można czekać?-
widać było, że chłopak był zdenerwowany. Przez te trzy lata
bardzo się zmienił. Nie był już tym samym nieśmiałym chłopakiem,
który nie odzywał się praktycznie do nikogo. Teraz kipiał
testosteronem. Jak każdy chłopak w jego wieku.
-Narzekasz Josh. Dawaj paczkę. -
chłopak pokręcił głową i sięgnął po paczkę. Była niewielka
jak zwykle. W środku był list i kilka najpotrzebniejszych rzeczy.
Takie paczki dostawałam co miesiąc od swoich rodziców, którzy
sądzili iż uczę się w jednym z tych prywatnych liceów na
Manhattanie. Tylko dlatego pozwolili mi tu przyjechać z Denver.
Żebym miała lepszą przyszłość. I faktycznie moje nazwisko
widniało na liście uczniów a w dzienniku nie było nieobecności.
Otworzyłam paczkę i rozerwałam kopertę z listem. Zaczęłam
czytać.
Kochanie,
razem z ojcem
postanowiliśmy przeprowadzić się do San Diego. Ojciec dostał
propozycje pracy znacznie lepszą niż tutaj, w Denver. Sama wiesz
jak ciężko było mu coś znaleźć po wypadku a tu proszę! Taka
okazja. Podobno otwierają jakieś nowe biura i potrzebują kogoś na
stanowisko... Oj, nie pamiętam kogo. No nie ważne. Mamy nadzieję,
że się nie gniewasz. W końcu i tak chcesz zostać w Nowym Jorku.
Nadal będziemy przesyłać ci paczki. Wylatujemy we wtorek. Oprócz
tego chcemy przylecieć do Nowego Yorku przed świętami żeby cię
zabrać. Mamy juz wszystko zaplanowane.
Do zobaczenia
Buziaczki mama i tata
Westchnęłam
cicho i odłożyłam list.
-Co
się stało Cora? - spytała zatroskanym głosem Caren.
-Nic
takiego, rodzice się przeprowadzają do San Diego i chcą przyjechać
przed świętami do miasta żeby mnie zabrać. - machnęłam ręką i
sprawdziłam co jest w paczce. Ubrania o rozmiar za duże, nowe buty,
których pewnie nigdy nie założę, bo jestem zbyt zakochana w
swoich starych martensach, które mama chciała wyrzucić, kilka
najpotrzebniejszych kosmetyków, których nie używałam praktycznie w
ogóle, no i coś od taty czyli podręcznik dla zdających prawo
jazdy. Oj, gdyby on wiedział, że już od dwóch lat śmigam po
amerykańskich autostradach szlag by go trafił. Bo to on miał mnie
uczyć do egzaminu, ale nie wyszło. - Caren chcesz nowe kosmetyki?-
zapytałam koleżanki.
-A co
masz? - zapytała z entuzjazmem. Ta dziewczyna mnie czasami
przerażała. Z jednej strony przyszła agentka a drugiej zwariowana
nastolatka z mnóstwem energii. Bomba nuklearna to przy niej pryszcz.
Wyrwała mi paczkę z rąk i zaczęła przeglądać kosmetyki. - O
jaaaaa chcę to! - wyciągnęła z paczki jakieś opakowanie. Chyba
fluid. - Ostatnio miałam iść kupić, bo mi się skończył, ale tak
oszczędzę przynajmniej na tym. - wzruszyła ramionami i oddała mi
pudełko.
-Dobra
dziewczyny wynocha mi skąd. Zaraz ma tu przyjść ktoś kogo lepiej
żebyście nie widziały. - obie spojrzałyśmy na niego ze
zdziwieniem.
-A
co? To prezydent?- zapytałam z kpiną w głosie.
-
Nie, ale to nie wasza sprawa. - odburknął. Wzruszyłam ramionami i
wyciągnęłam Caren z pokoju. Szybko znalazłyśmy się w moim
pokoju.
- Co
chcesz z tym zrobić? - zapytała dziewczyna zamykając drzwi.
Usiadłam na łóżku z listem na kolanach a Caren zajęła miejsce
obok mnie.
-
Sama nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Nie powiem im przecież
prawdy a i kłamać w nieskończoność nie mogę. - przez to, że
moi rodzice nie wiedzieli, że uczę się w Akademii z każdym rokiem
miałam coraz więcej kłopotów. Zaczynałam gubić się we własnych
kłamstwach a jeśli bym im powiedziała to chyba by mnie udusili.
Dlaczego? Otóż dlatego, że mój dziadek a ojciec mojej matki był
agentem. To od niego dowiedziałam się o Akademii a raczej z jego
dzienników. Mama była w piątym miesiącu ciąży kiedy dziadek nie
wrócił z kolejnej akcji do domu. Mama i babcia nigdy sobie tego nie
wybaczyły.
-Może
lepiej im powiedz. I tak przez resztę życia będziesz musiała
kłamać, więc po co zaczynać już teraz? - Caren położyła mi
dłoń na ramieniu.
-Nie
wiem. Może. - wzruszyłam ramionami tym samym strącając dłoń
przyjaciółki. - Musze iść do miasta. I nie nie pójdziesz ze mną
ani za mną, jasne? - pogroziłam jej palcem i poszłam się przebrać.
Kiedy wyszłam z łazienki Caren już nie było. I dobrze. Nie miałam
teraz ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Wyszłam z pokoju
trzaskając drzwiami i skierowałam się na dwór. Kiedy otworzyłam
duże dębowe drzwi owionęło mnie gorące letnie powietrze, które
aż przytłaczało człowieka. Dobrze, że byłam przynajmniej
zwiewnie ubrana. Wyszłam na zewnątrz i ruszyłam w kierunku jednego
z Samotnych Wzgórz na terenie Akademii. Było ich tu osiem, ale mi
jedno najbardziej przypadło do gustu. Rozciągał się z niego
świetny widok na całą szkołę. Szłam powoli nie śpiesząc się
nigdzie a wiatr bawił się moimi blond włosami, które rozpuściłam
dzisiaj wyjątkowo. Na wzgórze dotarłam po kilku minutach. Usiadłam
na szczycie i podciągnęłam kolana pod samą brodę. Wiatr wiał mi
prosto w twarz, więc przyjemny chłód zwalczał gorączkę.
Myślałam o tym czy powiedzieć rodzicom o swojej edukacji czy też
lepiej byłoby aby zostało to tajemnicą. Westchnęłam cicho i
położyłam się na plecach zamykając powieki. Miałam ochotę
zasnąć, ale sen uparcie nie nadchodził za to poczułam jak ktoś
zasłonił mi słonko. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Alexa.
Skrzywiłam się lekko. Nie miałam ochoty na niczyje towarzystwo a
już w szczególności chłopaka, za którym uganiały się wszystkie
dziewczyny łącznie ze mną.
-Czego
chcesz? - zapytałam oschle.
-Niczego.
- chłopak wzruszył ramionami. Usiadł obok mnie a ja podniosłam
się machinalnie.
- To
po co tu przyszedłeś? - spojrzałam na niego. W głowie mi się
zakręciło. W końcu leżałam tam trochę.
- Sam
nie wiem. Coś mnie tu ciągnęło. - powiedział to patrząc na mnie.
Przeraziłam się trochę słysząc jego słowa, ale szybko się
otrząsnęłam.
- To
ja już sobie pójdę żeby i mnie nie ciągnęło. - mruknęłam i
wstałam z ziemi. Otrzepałam się i ruszyłam w stronę wyjścia z
Akademii. Szybko znalazłam się w mieście i wysiadając z zółtej
taksówki miałam ochotę po prostu zrobić coś szalonego. Kierowca
wysadził mnie niedaleko jednego z klubów, więc szybko wślizgnęłam
się do lokalu i zamówiłam przy barze colę. Nie, nie piłam jak
większość ludzi w moim wieku. Nie, nie brałam. Tego wymagał ode
mnie mój przyszły zawód. Musiałam być czysta od jakichkolwiek
używek. Sączyłam powoli colę obserwując ludzi na parkiecie i
przy stolikach.